Wpisy

  • czwartek, 15 marca 2012
    • 3 maratony... to nie koniec!

      Przygoda z drużyną pier.... maratonu zakończyła się... najwspanialej jak mogła czyli przekroczeniem linii mety. Przygoda z bieganiem maratonów dopiero się zaczęła!

      W Warszawie dużo łatwiej o ilość dostępnych wolnych trenigów, zoragnizowanych miejc do biegania lub wymiany informacji, ale my tutaj na "prowincjach" nie zasypujemy ziemniaków w popiele, tylko odchaczamy przebiegnięte kilomietry i zrobione brzuszki. Motywację muszę w sobie wyzwolić sam (na szczęście mam rozpisany plan od Wojtka, a to dobra dla mnie wymówka, że należy plan wykonać).

      Bieganie na szczęście przynosi tyle radości, spokoju, oderawnia się od codzienności oraz pozwala spotkać nowych ludzi, przez co mam nadzieję nigdy mi się nie znudzi.

      25.03.2012 start w półmaratonie w Warszawie (chyba będzie trochę "masakra" z ilością uczestników, organizatorzy pozwolili mi biec z Amelką, ale mam startować z Tyłu. Zastanawiam się więc, jeżeli ja mam zakładany czas biegu w pierwszej połowie uczestników, a jest ich około 8 tysięcy, więc będę musiał wyprzedzać minimum 4 tysiące kolegów i koleżanki w dodatku przynajmniej przez pierwszą część dystansu cały czas wrzeszcząc aby ustąpili mi miesca; chyba łatwiej, jak ustawiłbym się z przodu a inni biegacze ewentualnie wyprzedzali by mnie.).

      Dla Amelki najfajniejsze będzie to, że start jest w pobliżu Stadionu Narodowego, który Amelka nazywa "Nasz stadion", więc będzie mnóstwo radości na starcie i mecie.

      13.05.2012 startuję w Pradze, niestety sam gdyż organizator nie zgodził się według regulaminu na bieganie z "przyżądem" (nie rozumiem tego propagowania biegania, to jakiś absurd, pocieszające jest to że w Polsce ludzie zaczynają to odbierać jako zachęcanie do aktywności a nie jako zagrożenie bezpieczeństwa).

      Jedziemy całą rodziną na kilka dni, mamy hotel na barce, więc wszyscy są zadowoleni - ja bo pobiegnę, Asia i Amelka, bo spędzimy kilka dni razem, zwiedzimy Pragę, odetchniemy od codzienności, a dodatkowo Amelka uwielbia podróże i hotele.

      Za rok Berlin... kto jedzie?

      Potem kto wie :)

      Janusz

      p.s. przeczytałem gdzieś mniej więcej taką sentencję dla ultramaratończyków "zaprzyjaźnij się z bólem, zawsze będziesz miał przyjaciela"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      3maratony
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 marca 2012 01:22
  • sobota, 04 lutego 2012
    • Maratonowy zawrót głowy...

      3 maratony i po maratonach...

      Wielka przygoda przeżyta, upragniony dystans zdobyty i co dalej…? kilka startów do końca roku zrobionych. No, ale co tu zrobić z tak dobrze wykonana pracą, nie pozostaje nic innego jak kontynuować. I właśnie dlatego zrobimy sobie rodzinną wycieczkę do Pragi aby 13-go maja pobiec maraton. Niestety nie pozwolono mi pobiec z Amelką w wózku (zresztą w Berlinie też mi odmówili, trzeba chyba będzie zmienić ich myślenie o bieganiu masowym), więc będę biegł sam. Startowe już opłacone, hotel zarezerwowany, wycieczka po Pradze zorganizowana.

      Pozostaje tylko właściwy plan treningowy, który trzeba wykonać w 100% i pobiec na nowy rekord życiowy.

      Właśnie się za to zabrałem rozpoczynając nowy sezon. Poprosiłem Wojtka o pomoc, nowy plan treningowy mam, „zakwasy” po pierwszych treningach zresztą też.

      Drużyno, ciekawe co u Was?

      Pozdrawiamy

      Janusz, Asia i Amelka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      3maratony
      Czas publikacji:
      sobota, 04 lutego 2012 22:04
  • czwartek, 17 listopada 2011
    • Wózkowy opis 12 Maratonu Poznań 2011 - Janusz, Amelka, Joanna

      Czyli można!

      Wystarczy chcieć…… no i trenować, trenować, trenować J

      To niesamowite!!!!!!, ale przebiegliśmy nasz pierwszy w życiu maraton i to razem – hura!

      Ja czuje się niesamowicie, dokonałem czegoś, czego wcześniej w życiu nawet nie pomyślałbym, że jestem w stanie, a do tego Amelka została też maratonką.

      Tak sobie myślę, że jak będzie miała swoją rodzinę i dzieci, to sobie popatrzy na zdjęcia i medale i przypomni sobie, że gdzieś tam razem z Tatą i Mamą jeździli i biegali, i również swoim dzieciom zaszczepi radość z jakiejś formy aktywnego ruchu, a ja jako dziadek będę mógł opowiadać co tam Mama Amelka wyprawiała.

      Wracając jednak do sedna, to chciałbym się podzielić wrażeniami z wyjazdu do Poznania i samego biegu.

      Dzień przed wyjazdem do Poznania wszystko sprawdzone, wózek przygotowany, buty, sprzęt zapakowany, woda, napoje, żele w tym oczywiście żelki, ciastka, jabłka, ogórki dla Amelki -obowiązkowo.

      Pozostaje nam w sobotę pakowanie i wyjazd do Poznania. Wydawało się, że mamy duży zapas czasu, ale jak wyruszyliśmy to było to na styk. W samym Poznaniu rozkopy, więc spóźniliśmy się na spotkanie z Wojtkiem planowanym o 16.00. W hotelu (dzięki uprzejmości organizatorom tegorocznej akcji Gazety dla nas bezpłatnym) poznaliśmy nareszcie wszystkich członków naszej drużyny wraz z dziećmi. Było to bardzo miłe i fizycznie pokazało, że takich osób jak ja, którzy razem z dzieckiem chcą dzielić sportowe zainteresowania jest więcej – Anita i Stefan, Daniel i Kamil, Michał Julia i Nelka. Krótka odprawa dotycząca organizacji i założeń na niedzielny start, w tym prognozowane czasy przez Wojtka. Dostaliśmy jeszcze fajne koszulki Adidasa dla nas i dzieciaków z logo akcji Polska Biega (dlaczego w tym logo jest struś?, ja bym pewnie dał pewnie jakąś kurę, bo nasza krajowa, ale wolniej biega od stusia J) No i po części spotkania dla dorosłych rzuciliśmy się w część naprawdę ważną, czyli w co ubrać dzieci, czy kocyk wystarczy, czy lepiej śpiwór, co bierzecie dla dzieciaków do jedzenia i picia? I jak się okazuje, co do biegania dorosłych to za dużo dyskusji nie było natomiast o dzieciach i wszystkim co jest z tym związane moglibyśmy rozmawiać do rana. Co jednak najbardziej ujmującego w tym wszystkim było, to fakt, że każdy z nas rodziców doświadczył już czegoś takiego od swojego dziecka jak zwerbalizowana lub w inny sposób okazywana radość ze wspólnie spędzanego czasu na bieganiu. To jest coś niesamowitego, jak Amelka przychodzi i pyta się „Tato, jak będzie ładna pogoda to pójdziemy pobiegać?”.

      Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań z Michałem i umówiliśmy się, że będziemy biegli razem tyle ile się da na czas 4 godziny.

      Wszyscy wsiedliśmy do samochodów i pojechaliśmy odebrać pakiety startowe do Poznańskiej Areny (aż łza się zakręciła mi w oku jak zobaczyłem ten obiekt, kilkadziesiąt lat temu startowałem tam jako gimnastyk i akrobata). Jak to zwykle bywa makaronu już zabrakło, ale numery startowe na nas czekały, zresztą bardzo fajne - Anita 2200, Ja 2201, Michał 2202, Daniel 2203.

      Wybraliśmy się rodzinką na kolację – oczywiście makaron, potem do hotelu, przygotowanie sprzętu i spać.

      Niestety Amelka obudziła się o 3 w nocy i nie dała nam pospać. Wstałem wcześnie rano 6.00 i poszedłem na śniadanie, gdzie już było gwarno, po ubraniach i rozmowach wiadomo było, że prawie wszyscy to dzisiejszy uczestnicy biegu maratońskiego. Chciałem zjeść wcześnie, żeby organizm zdążył strawić, tak abym nie musiał latać gdzieś za dużą potrzebą w krzaki.

      Po śniadaniu, należało przygotować i sprawdzić wszystkie potrzebne do maratonu rzeczy i sprzęt. Najważniejsze, to wszystko dla Amelki czyli wózek, śpiworek, kocyk, napoje, jedzenie, słodycze, jabłko, ogórek no i oczywiście żelki (jeżeli wszystko inne zawiedzie, to żelki są ostatnią Twoją nadziejąJ). Poza tym woda, izotonik, żele energetyczne; nie wspomnę już o zapasowych dętkach, pompce, łatkach do opon, kluczach do śrub, taśmie klejącej, łyżkach do zdejmowania opon… no i skarpetach, koszulce, spodenkach i oczywiście butach, zegarek sportowy.

      Spotkanie wszystkich o umówionej godzinie w recepcji i z Małgosią pod sztandarem Gazety ruszamy na miejsce mety. Widać już mnóstwo startujących, jest tłoczno, przeciskamy się z wózkami, jeszcze czeka nas krótka rozgrzewka z naszym wyciskaczem potu, zakwasów, wyrzutem sumienia i współtwórcą sukcesów Wojtkiem Staszewskim. Parę pamiątkowych zdjęć, rozgrzewka – rozciąganie, skipy, skręty, rozmowa z Amelką – ponowne wyjaśnienie przebiegu tej części dnia, jeszcze kilka pytań do trenera, parę słów otuchy, Wojtek powiedział, że kawałek z każdym z nas przebiegnie, trochę uśmiechów i żartów… musieliśmy się spieszyć, bo do linii startu jeszcze kawałek a zostało niewiele czasu, trzeba było potruchtać. W między czasie załatwić toaletę, jak kilkuset innych biegaczy i biegaczek.  

      Ustawiamy się z Michałem tuż przed balonikiem na 4 godziny. 1-2 minuty czekania i

       

       

       STAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAART.

      No i zaczęło się, oczywiście na początku mnóstwo ludzi, tłok, wolne tempo, podbieg…

      Musieliśmy się przepychać, krzyczeć, aby nas przepuszczono, starałem się od początku wskoczyć na ustalone tempo, aby nie trzeba było nadrabiać i przede wszystkim biec równo. Trzymaliśmy się z Michałem z boku trasy, gdyż łatwiej było wyprzedzać wolniejsze osoby, dużo biegaczy miało słuchawki na uszach i naprawdę trzeba było krzyczeć bardzo głośno. Podbieg minął, bramka w inną ulicę – zwężenie, łagodny zbieg, w lewo wiadukt i dalej prosto i tak dalej, i tak dalej skręty, podbiegi, zbiegi, trasa jednak pofałdowana, co dla nas z wózkami oznacza dodatkowe obciążenie gdyż pod górę trzeba mocno pracować pchając wózek, a na zbiegu musisz bardzo uważać i hamować wózkiem, aby się za mocno nie rozpędził, gdyż staje się to niebezpieczne dla dziecka (gdybym się przez przypadek potknął a wózek pojechał…), ogólną trudność w bieganiu z wózkiem czyli jego pchaniu, oprócz konieczności konwersacji z dzieckiem, podawaniu różnych rzeczy, wyjaśnianiu dlaczego akurat nie ma tej książeczki lub innej zabawki, zasłanianiu przed słońca, odsłanianiu, karmieniu, podawaniu wody lub herbaty, wymyślaniu zagadek lub zabawianiu J, jest to, że nie pracują ręce w ogóle lub tylko jedna, przez co nie ma możliwości nadaniu sobie takiego swobodnego rytmu.

      I biegniemy tak sobie z Michałem i naszymi pociechami, rozmawiamy ze sobą, z biegnącymi obok uczestnikami biegu, wielu pyta się jak to jest z tym bieganiem z wózkiem, znalazło się kilku ochotników, aby na jakiś czas wyręczyć nas od pchania wózka. Ja kontroluję tempo i czasami muszę stopować Michała.

      Po początkowej ogólnej radości wszystkich biegaczy i biegaczek, ożywionych dyskusjach, okrzykach do publiczności, która świetnie wszystkich dopingowała nadszedł czas, w którym głównym odgłosem było już człapanie podeszw butów o asfalt, szybszy oddech, oraz litry potu widoczne na koszulkach. Było już swobodniej, mieliśmy dobry czas (około 150 metrów zapasu przed zaplanowanym tempem), musiałem się na 30 sekund zatrzymać na szybka toaletę, po czym dobiegłem do Michała. Kilometry mijały, zmęczenie narastało, zbliżaliśmy się do półmetka, Wojtek na nas czekał, zapytał jak się biegnie, jak się czujemy i powiedział, że jest dobrze. Przed podbiegiem czekała Asia i Małgosia, które do nas krzyczały, bardzo się ucieszyłem widząc Asię, pokazałem ją Amelce, po czym Amelka gdy zobaczyła Mamę zaczęła trochę marudzić, że chce do domu i do Mamy L, i kiedy do Mamy i gdzie jest Mama, na co tradycyjnie odpowiedź brzmi „na końcu tej drogi”. Pamiętałem o najlepszym przyjacielu na trudne chwile – żelki misie J. Czas dobry, samopoczucie też, więc biegniemy dalej, trochę czułem chłód w kolanach albo to sobie wmówiłem. Na 25 km Michał miał zmienić wózki i pobiec z Nelką, więc dzwonił do rodziny czy są już gotowi, ale nie mógł się dodzwonić, przez co się trochę denerwował. Miejsca podawania napojów i przekąsek mijaliśmy środkiem nie zatrzymując się i głośno krzycząc „środek wolny!!!”, a wózki przejeżdżały po kubkach porzuconych na drogę. Ponowna próba dodzwonienia do rodziców Michała powiodła się i okazało się, że przez korki jest drobne opóźnienie, przez co „wymiana” nastąpi na 28 km. Michał z żoną mieli to dopracowane do perfekcji, wyglądało to jak pit stop w F1, a nawet szybciej, bo nie trzeba było zmieniać kół. Ja ponownie musiałem zrobić sobie przerwę na toaletę i biegniemy dalej. Powoli odczuwałem trudy biegu, przebiegłem już ponad 30 km, czyli więcej niż kiedykolwiek w życiu!!!!!!!!!, Michała dopadała kolka, ja też czułem, że się zbliża powoli ucisk z prawej strony, więc próbowałem skupić się na właściwym oddychaniu, utrzymywaniu równego rytmu i mówieniu sobie, że jest ok. i nic złego się nie dzieje, biegnę. Amelka usnęła, przez co nie byłem zaabsorbowany jej potrzebami i mogłem zadbać o utrzymanie tempa. Ponownie falująca trasa, podbieg, skręt w lewo i widzę kontem oka, że Michał jest trochę za mną, patrzę na tempo jest akurat, mobilizuję więc Michała aby się trzymał i jeżeli może to niech trzyma tempo. Biegniemy długą prostą. Michał delikatnie biegnie wolniej i widzę, że stara się walczyć z kolką, jeszcze próba słownej mobilizacji Michała, wymieniamy między sobą spojrzenia, ruch ręką Michała i już wiem, że posłuchał Wojtka, który powiedział nam, że jeżeli będą jakieś problemy to należy zwolnić aby dobiec w dobrym tempie do mety. Ja czuję się dobrze, więc lecę dalej ustalonym tempem, na razie się trzymam. Skręt w lewo, krótki szybki zbieg, skręt w prawo 200 metrów prosta i mam 34 kilometr. Myślę sobie jest dobrze. Wszędzie słychać doping ludzi, zwłaszcza jak widzą nas biegających z wózkami. Krzyczą głównie mamy i dzieci, które pokazują zdziwionym ojcom, że tak też można się dzieckiem zająć.

      Biegniemy po drodze pomiędzy drzewami, jest przyjemnie, natomiast ja zaczynam odczuwać, że przychodzi zmęczenie, nie jakiś „blok”, o którym słyszałem, nie kolka, tylko tak jak gdyby baterie traciły moc, i albo trzeba trochę zwolnić albo bardziej się wysilić aby utrzymać tempo, o czym przypomina mi piszczący zegarek. Patrzę na niego, człapie się trudniej, kilometry nagle nie ubywają, wydaje mi się, że bolą mnie kolana, że boli mnie czworogłowy uda prawej nogi i tak motywacja spada, na szczęście ktoś jak by o tym wiedział włączył przy bramce piosenkę z teksem „…pokonam dziś siebie, pokonam siebie, udowodnię, że można lepiej…”, no i jakoś w tych warunkach ten refren był bardzo pomocny, uśmiechnąłem się do siebie i pomyślałem, że pokonam swoje słabości i dobiegnę J.

      Było już coraz bliżej, tempo trzymałem dobre, wyprzedzałem słabnących, czułem, że może wszystko się udać. Zbliżałem się do 40 km, Wojtek już czekał na mnie, pobiegł kawałek ze mną ponowne pytanie, co się dzieje, słowa otuchy i odłączył się.

      Dobiegałem do 40 km, pomyślałem że naprawdę dam radę, że zostało już  tylko trochę ponad 2 km, a ja mocno trenowałem i jestem przygotowany aby dać z siebie jeszcze więcej i nawet przyspieszyć. Minąłem symbol 40 km, odsłoniłem Amelii osłonę w wózku, tak aby się wybudzała i powiedziałem do niej „Amelko, jesteśmy już na 40 km, teraz zostało nam już z 10 minut i będziemy dobiegać do mety, musisz się obudzić bo sama przebiegniesz linię mety. Jak Ci się to uda to dostaniesz medal za najdłuższy bieg w twoim życiu. A teraz się trzymaj bo będziemy bardzo szybko biec i ruszyłem na tyle ile „fabryka” dała, a bardziej ile w niej pary zostało. No to ciągnę ten podbieg, a łydki wysłały mi sygnał, że to ich końcówka, biegnę w tempie 4:30, wyprzedzam mnóstwo ludzi, skręt w lewo i zbieg nad Maltę, trudno już złapać oddech, prosta, ostry zakręt w lewo, biała kwadratowa bramka, zaraz meta, zatrzymuję się wyjmuję Szkraba i mówię Amelko, jeszcze tylko kawałek i wygramy, widzisz tam jest meta i tam musimy dobiec… Amelka uśmiechnęła się od ucha do ucha, wzięła „nogi za pas” i leci radośnie do mety, biegnę obok niej, razem kiwamy do publiczności która brawami nagradza każdego „zwycięzcę” który pojawia się na finiszu, patrzę na zegar 3:55:17, więc cieszę jeszcze bardziej, przebiegamy linię mety, biorę Amelkę i robimy nasze „hopa”, czyli podrzucam ją do góry dwa razy – bardzo to lubi, tym razem nie za wysoko, gdyż nie wiem jak zareaguje mój organizm. Podchodzi do nas szpakowaty Pan, patrzy mi prosto w oczy jak by chciał się zapytać czy wszystko w porządku, i czy nie potrzebuję pomocy. Chyba test wypadł dobrze, Amelka dostała białego misia, zawieszono nam na szyjach medale więc pełne szczęście. Tulę Amelkę i mówię – JESTEŚMY MISTRZAMI!!!!, WŁAŚNIE WYGRALIŚMY!!!, JESTEŚMY NAJLEPSI!!!!, KTO WYGRAŁ? AMELKA I….. TATA dopowiada Amelka JJJ, a ja dodaję i nasza… MAMA!!! krzyczy Amelka śmiejąc się.

      Podchodzi do nas Gosia, uśmiecha się do nas, gratuluje, chce zapytać jak się czujemy, dowiedzieć się jak biegło, nadal ciesząc się z dzisiejszego wyczynu, mówię że nie jest to dobry moment na rozmowę. Czułem że potrzebuję parę minut odpocząć, chcę znaleźć Asię uściskać ją i podziękować za pomoc a przede wszystkim za cierpliwość i wyrzeczenia. Chcę aby mogła wycałować Amelkę za którą z pewnością tęskniła i martwiła się od pierwszej sekundy biegu.

      Przesuwamy się na tyły, można się napić, coś zjeść. Złapałem kawałek banana i to był mój błąd. Żołądek się zbuntował i złapał mnie skurcz, ale szybko przeszedł. Asia nas znalazła, więc wyściskała nas. Zaczęła rozmawiać z Amelką, ja próbowałem ubrać dres i złapał mnie skurcz łydki, parę minut z nim walczyłem. Poprosiłem Asię, aby zajęła się Amelką, bo muszę się rozciągnąć, ubrać a łapią mnie skurcze. Usiadłem na ławce ubrałem w dresy odpocząłem z 10 minut, rozciągnąłem się i poszedłem szukać Asi, już kupowała ciepłą herbatę. Usiedliśmy na trawie, porozmawialiśmy o biegu i Amelce. Zdzwoniłem się ze wszystkimi z drużyny. Zjedliśmy makaron i poszliśmy do hotelu. Czułem już, że łydki będą mnie bolały. Doszliśmy do hotelu i mogłem na 10 minut poleżeć w wannie, ale super. Szybkie zbieranie się, bo zbliżała się godzina opuszczenia hotelu. Michał wpadł na chwilę i pożegnaliśmy się, oraz podziękowaliśmy sobie za wspólny start, coś od razu mówił o triatlonie, chyba za bardzo w takim razie się nie zmęczył :)

      Szybkie pakowanie i wsiadamy do samochodu, lunch w restauracji z widokiem na Maltę.

      Pełen radości, z uśmiechem od ucha do ucha i wiarą, że jak się chce to „można” ruszyliśmy do domu… w życiu nie sądziłem, że kiedyś przebiegnę maraton, a do tego z własną córką.

      Jak Amelka pójdzie do szkoły, i nauczyciel KF każe Amelce pobiec np. 60m, Amelka może powie „takich krótkich to nie biegam, w 2011 roku to ja już zaliczyłam mój pierwszy maraton, a Pan?...”

      Pozdrawiam wszystkich maratończyków i trzymam kciuki za wszystkich tych, którzy marzą aby tego dokonać. Marzenia się spełniają, trzeba na nie zapracować!

      Z maratońskim pozdrowieniem Amelka, Asia i Janusz

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      3maratony
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 listopada 2011 00:51
  • wtorek, 25 października 2011
    • Czegoś brakuje...

      Witajcie!!!

      Minął zaledwie tydzień, a czegoś już brakuje, nie zdążyłem jeszcze do końca zbrać myśli, odczuć, wrażeń, a drużyny zakończyły już swoje oficjalne życie...

      Nie wiem jak Wy, ale ja sobie tak myślę że może gdzieś umówilibyśmy się na wspólny start, niekoniecznie maraton. Taka ekipa zrobiłaby wrażnie.

      Znajdę chwilę to więcej coś naskrobię.

      Co prawda bata :) Wojtka na sobą nie mam, ale w sobotę 3 Bydgoski Cross - 6 km (na zegarku 5850m) w 24:05 zrobiłem.

      Janusz

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      3maratony
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 października 2011 01:16
  • poniedziałek, 24 października 2011
    • Anita i Stefan, czas na rozliczenie.

      Zrobiliśmy to, udało się nam, a Stefan jest Wielki, mam również nadzieję, że wszystkim dzieciakom z pomocą rodziców uda się choć trochę tej atmosfery zachować w pamięci.

      Dziękuję Małgosi i Wojtkowi. Tego co nas spotkało nic nam już nie odbierze. Poznaliśmy fajnych ludzi i przeżyliśmy niezapomniane chwile. Będziemy mieli do czego wracać myślami i wspominać. A to jest bezcenne. Dziękuję Małgorzacie z Drużyny Wsparcia i biegofance, które od razu na początku mojej drogi do maratonu ze Stefanem dały wyraz temu, że wierzą we mnie. I chcę jeszcze przeprosić Wojtka, że gdy zostawiał mnie przed metą jak niewidzialna ręka (albo może niewidzialna stopa) to nawet nie krzyknęłam dziękuję. Przepraszam i dziękuję bo naprawdę leży mi to na sercu.

      Gratuluję Chłopakom z Naszej Drużyny, są Wielcy i jeszcze serdecznie Danielowi, bo co niektórzy jeszcze się nie pozbierali, a on już startuje i jak zwykle z sukcesem. Gratuluję.

      Tydzień przed maratonem dopadło mnie jesienne przesilenie. Miałam tu coś wtedy napisać ale jak tylko przyłożyłam się ze Stefanem, żeby zasnął z postanowieniem wstania, budziłam się o takiej porze, że nie było mowy o pisaniu. Oliwy do ognia dolał jeszcze Wojtek, że trzeba porządnie wypocząć, no to nie będę przecież w środku nocy siadać do komputera jak trener każe odpoczywać. Tym samym buraki i marchewka zostały w ogrodzie (żadnych prac w ogrodzie), do garażu nie mieści się samochód bo trzeba poradzić sobie jakoś z huśtawką i innymi letnimi akcesoriami, które jak na razie stoją na środku (żadnych porządków w piwnicy czy garażu).  Po powrocie z Poznania okazało się, że warzywa zniosły przymrozek całkiem dobrze, jedynie część pelargonii niezbyt dobrze sobie poradziła. Przesilenie jesienne pozostało, można je nazwać po prostu lenistwem, jak kto woli.

      Jeśli kogoś interesuje moja droga do Poznania to było to tak. W ubiegłym roku do gazetowej drużyny zgłosiła mnie moja siostra (biegałam wtedy może 4 miesiące) jednak nie chcieli mnie.  Pomyślałam "spadajcie na drzewo, przygotuję się sama". Po przygotowaniach według planu Wojtka ze strony polskabiegowej, przebiegłam swój pierwszy maraton w Warszawie z fantastycznym (jak dla mnie) czasem 4:26. Natomiast gdy zobaczyłam jakie drużyny szykują się na ten sezon, czułam, że w Poznaniu pobiegnę ze Stefanem. Choć wcześniej nie biegałam z wózkiem to całkiem poważnie o tym myślałam, a brakowało jedynie tego impulsu. Nawet nie miałam czasu myśleć co będzie jeśli znów mnie nie zechcą, czy odważę przygotować się do tego sama, bo zgłoszenie wysłałam ostatniego dnia po wielu  burzliwych przemyśleniach. No i okazało się, że trzeba kupić wózek. Pomógł mi Daniel, bo zupełnie nie miałam pojęcia co może być istotne i na co patrzeć. Kiedy jogger już był trzeba było przyzwyczaić Stefana, a nie było to proste. Najpierw spacerek do parku, potem pomalutku podbiegam, ale tylko po asfalcie, żadnego trzęsienia. A teraz możemy nawet biegać po lesie i gdzie tylko chcemy. Biegamy raczej za miasto, więc wiele ciekawych rzeczy udało nam się zobaczyć i poznać (zwierzęta, prace polowe, ciężarówki, wszelkiej maści maszyny budowlane, nigdy nie wiadomo co i gdzie nas spotka, chociaż stałe punkty programu też są ) i jest czas na gadkę, chociaż nie jest to  proste. Ale wspólne bieganie, naprawdę warto.  We wtorek przed maratonem zadzwonił Janusz i rozmawialiśmy o wielu różnych rzeczach, między innymi o tym, że chłopaki mają zapasowe dętki. Sprawdziłam koła i musiałam jedno dopompować. Następnego dnia tak jakoś odruchowo przycisnęłam to koło i zamarłam, flak. Koło do serwisu i zrobione. Miałam nadzieję, że do mety dobiegniemy razem, chociaż od początku musiałam brać pod uwagę, że Stefanowi może się dłużyć i może zdarzyć się sytuacja, że będę musiała go oddać w jakieś opiekuńcze ręce, bądź po prostu zejść z nim z trasy. Nie wchodziło natomiast w grę to, że to ja z jakichś przyczyn nie dam rady. Wtedy Stefan  mógłby powiedzieć "mogłem przebiec maraton, ale matka nie dała rady", wykluczone. Ale mój syn okazał się Wielki, poradził sobie z kilometrami i tym samym dodawał mi sił. Wprawdzie na trzecim wspomniał, że chce do domu, na co odpowiedziałam, że właśnie biegniemy, później pomału się rozkręcał, wiadomo chciał to czy tamto, ale z tym się liczyłam. Troszkę trzeba było z nim zagadać, ale w końcu przysnął. Obudził się na trzydziestym piątym i już wiedziałam, że damy radę ale niezupełnie uda nam się tak jak chciałam. Wystartowałam tak naprawdę ze świadomością tego, że to biodro się odezwie. Czułam je od początku (takie, niby nie boli, ale wiem, że jest), ale po połowie już klamka zapadła. Dobrze, że wtedy zasnął, za to miałam czas na dołowanie się psychiczne, bo to już mój taki drugi raz po Krakowie. Stefan pamięta i opowiada, że stali na krawężnikach i krzyczeli biegnij Stefan, bili brawo Stefanowi i mamie, a jak zbiegaliśmy z górki (ze dwie były) to krzyczał " z drogi, Polska Biega". I tego wszystkiego już mu nikt nie odbierze. Ostatnie dwa czy trzy kilometry przebiegliśmy z Wojtkiem, a jego słowa uspokoiły mnie co do mojej biegackiej przyszłości. Chyba w końcu to polubiłam.  Tuż przed metą Wojtek zostawił nas, widzę kątem oka jak wbiega za barierki, dzięki (teraz to sobie mogę pisać), a potem już Małgosia, o coś pytała, pewnie zeznawałam zgodnie z prawdą. Moc, którą szykowałam na ten bieg pozostała. Nie byłam zadowolona, ale teraz po tygodniu już chyba tak. Może naprawdę dałam przykład bo słyszę nawet takie opinie, że jestem bohaterką(?). Oczywiście chłopaki z Naszej Drużyny spisali się super. Biegła jeszcze moja siostra Jola z Adamem i mój brat Leszek, którego to był pierwszy maraton. Dobrze, że byliśmy ostatni bo to oni czekali na nas.

      Na koniec jeszcze odrobina nostalgii patrzę na podwórko i wśród paru sosen i brzóz widzę cudowny dąb z fantastycznymi czerwonymi liśćmi, którego posadził Darek. Dwa lata temu wiosną mierzył się z nim i byli idealnie równi. Życie płynie..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      3maratony
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 października 2011 08:35
  • niedziela, 23 października 2011
    • Tydzien po?

      http://www.greatrun.org/Results/default.aspx?r=253&bib=3620#

      Bardzo zadowolony z miejsca. Na poczatku mialem apetyt na duzo lepszy czas. Ale dosc szybko zostal rozwiany. Doslownie. Pogoda idealna. Chlodno. Ale wietrznie i duzo podbiegow.
      Haile pierwszy.
      Podobno wystartowalo 15000. Jak na taka liczbe moje 95 miejsce wyglada swietnie.

      Calkowicie inne doswiadczenie. Do tego trasa w milach. Ciezko bylo liczyc. Choc pewno i tak duzo lepiej by nie wyszlo.
      Ciesze sie, ze tak sie zlozylo. Wczoraj przylecielismy a dzis pobieglem. I fajnie, ze polowka. Gdyby byl caly nadal bym pobiegl ale kto wie jak bym skonczyl.


      Piekne doswiadczenie ale tylko potwierdza, ze nie jestem oczarowany udzialem w tak wielkich biegach.
      Nasze krajowe sa idealne. Do tego medale nam nakladaja, tu pieknie zapakowane w torbach z koszulkami i giftami.
      Doping mieszkancow niesamowity. Po prostu niesie przez caly bieg. Bardzo duzo ludzi i cheering ups.

      Pozdrawiamy,
      daniel

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      3maratony
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 października 2011 19:00
    • Dziękuję i do zobaczenia (Małgorzata Już Nie Debiutantka)

      Drużyny, Wojtku, Małgosiu

      Na zakończenie maratońskiej przygody chciałabym Wam powiedzieć, że

      JESTEŚCIE WIELCY!!!

      WSZYSCY!

      I z całego serca BARDZO SERDECZNIE WAM WSZYSTKIM DZIĘKUJĘ za ten czas, któy mogłam spędzić - wirtualnie - z Wami, gdy przygotowywaliście się do tych trzech maratonów i gdy w tak spektakularny sposób realizowaliście postawione sobie biegowe cele. 

      Tak "na zdrowy rozum", nie miało prawa Wam się udać ani to, że z dwunastu wybranych osób WSZYSTKIE przygotują się i ukończą maraton, ani to, że Dziewczyny pokonają Chłopaków, a najlepsi ze wszystkich będą Rodzice z Dziećmi w Wózkach. Ale - udało się! I myślę (choć w tym nie uczestniczyłam osobiście, ale trochę od Was słyszałam), że oprócz Waszego wielkiego wysiłku - równie wielka w tym zasługa Wojtka - Trenera i Małgosi - Dobrego Ducha Drużyny.

      Dziękuję Wam też za to, że zmobilizowałam się trochę wraz z Wami i też "przeczłapałam" dwa z Waszych trzech maratonów - przypomniało mi się że jednak lubię się trochę umęczyć biegając królewski dystans :-).

      Dziękuję Wojtkowi, że mnie NIE WYBRAŁ do Drużyny - Dziewczyny byłyście ZEDECYDOWANIE lepsze ode mnie! Znaczy to, że "trenerski nos" Wojtka nie zawiódł,  a ja sobie i tak pobiegałam "po swojemu". ;-)

      Dziękuję Małgosi, że pozwoliła mi "włamać się" od czasu do czasu na Wasz (nasz?) blog i coś tam popisać. Mam nadzieję, że nie przynudzałam za mocno.

      Do zobaczenia Kiedyś, Gdzieś, Biegowo, oczywiście

      Małgorzata Już Nie Debiutantka - Drużyna Wsparcia

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      3maratony
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 października 2011 18:19
  • poniedziałek, 17 października 2011
    • Wielogromne dziękuję Gosiu i Wojtku

       

      Dzięki
      Trenerze,

      Będę
      wracał do Twoich treningów dla mnie.

      Przygoda
      z pięknymi wspomnieniami. Kamil dzielnie się spisał.

      Spał
       może od 5 km do ok. 15 km.

      Kiedy
      „ wstawiony” pan krzyknął: „ Dawaj młody!”, do Kamila. Stojąca obok kobieta
      powiedziała do niego:” Cicho, dziecko śpi”, na co pan odpowiedział: „ Już nie
      śpi!”.

      No i
      nie spał, do końca. Bawił się „klaskaczem”, był chętny przybijać „piątki” kibicom.

      Miał
      dwa momenty, aż wyczuł, że jeszcze nie koniec. Protestował. Ale naprawdę nie
      długo. Parę minut. To była mobilizacja do trzymania pedału gazu. No i udało
      się. Finisz musiałem robić delikatnie. Byłem świadom, że na mecie będę tylko z
      Kamilem.

      Nie
      chciałem się „zajechać”. Kamila brak snu podczas biegu ( aż ciekawi mnie, co On
      o tym biegu sobie myśli?) okazał się zbawienny w drodze powrotnej do Wawy.

      Przespał
      ją całą.

      Mi
      udało się być czujnym kierowcą.

      Dziś,
      dzień po, czuję się bardzo dobrze. Nie mam zakwasów.

      Tempo
      było dla mnie dobrane. Jutro pójdziemy lekko truchtać.

      Kamil
      zdziwił mnie, bo chciał wejść dziś do joggera.

      Oprawa,
      hotel, Twoja opieka jako trenera i opieka Gosi naprawdę profesjonalna.

      Wielkie
      dzięki. Obiecałem, że już nigdy z Kamilem w wózku.

      Ale
      pobicie zrealizowanego planu już jest kuszące.

      Wielki
      szacunek dla całej ekipy i współtowarzyszy.

      Daniel
      i Kamil

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      3maratony
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 października 2011 13:48
  • sobota, 15 października 2011
    • Do Boju Ekipo Dwunożno-Trójkołowa! (Małgorzata Już Nie Debiutantka)

      Kochani!

      I w końcu Wasz czas nastał! Nie będę się długo rozwodzić - powiem po prostu - z całego serca życzę Wam powodzenia! Was najbardziej podziwiam, i, przewrotnie, Wam życzę pobicia obu drużyn wcześniejszych, a co! Macie najtrudniej. Chylę czoła.

      I znów - liczę na to, że Was choć na chwilę zobaczę przed startem (na mecie nie ma mowy - ja się ucieszę jeśli w 5 godzin przybiegnę (a może mi zejść dłużej), więc to "nie ta półka" - zwłaszcza dla Daniela ;-)

      Anita - Ciebie podziwiam najbardziej, bo jednak chyba kobiety z jogerem na maratonie jeszcze nie widziałam

      Janusz - pełny szacun, że chcesz ZOSTAĆ maratończykiem w taki w łaśnie sposób ("sam sobie to każdy może przebiec maraton, a z dzieckiem już nie każdy" ;-D  )

      Daniel i Michał - też trzymam kciuki.

      Do (wirtualnego) zobaczenia na końcu Tej przygody zatem,

      P O W O D Z E N I A !!!!

      Małgorzata Już Nie Debiutantka - Drużyna Wsparcia

        

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      3maratony
      Czas publikacji:
      sobota, 15 października 2011 12:09
    • O naszym półmaratonie przed maratonem

       

      No i…

      jest już sobota, jutro bieg na taką odległość, jakiej nigdy jeszcze nie biegłem.

      Mając na uwadze, że biegniemy z dziećmi wymaga to od nas sporej uwagi i cierpliwości, ale przede wszystkim wytrwałości.

       

      Opiszę swoje wrażenia z półmaraton w Pile z 4-go września 2011 roku, który był przygotowaniem do niedzielnego maratonu.

      Nadmienię tylko, że od dwóch miesięcy przygotowywałem się pod okiem Wojtka Staszewskiego. Rozmawiałem z Wojtkiem kilkukrotnie na temat tempa w jakim mam biec, na jaki wynik powinienem się nastawić. Po sprawdzeniu moich wyników z treningów w tym ostatnim z interwałów Wojtek stwierdził iż mogę lecieć na 1:50, i najlepiej jak w drugiej części dystansu przyspieszę – choć to zazwyczaj się nie udaje J

       

      Dzień przed startem oczywiście nerwowo, sprawdzenie sprzętu – wózek, buty, stroje, rozmowa z Amelką,  że jutro jest inny dzień, że będziemy biegać razem z wieloma innymi ludźmi i będzie to dłuższy dystans niż do tej pory biegliśmy.

       

      W dzień biegu po przyjechaniu na miejsce (30 minut szukania parkingu) oczywiście trzeba odebrać zestaw startowy, a tutaj kolejka na godzinę, a do startu 45 minut, na szczęście zarejestrowani internetowo z wpłatą nie mieli kolejek. Szybkie przebranie się, przejście w okolicę startu i rozgrzewka. Ja rozgrzewałem się sam, Amelką zajęła się Mama. 5 minut przed startem zapakowałem Amelkę do wózka i poszliśmy na start, oczywiście przyszedłem ze złej strony sprzed linii startu, więc musiałem szybko obejść wszystkich startujących i ustawić się z drugiej strony, czyli na samym końcu. Na końcu oczywiście wszyscy w dobrych humorach, atmosfera relaksacyjna.

      Nadszedł moment startu, wystrzał i człapiemy się z tyłu, aby w ogóle dotrzeć do linii startu minęło ze 2 minuty -startowało ponad 2200 biegaczy i biegaczek. Włączyłem stoper, miałem ustawione tempo w jakim chcę biec - świetna sprawa bo oczywiście chciałem zacząć za szybko. Trzymałem się tempa 5 minut i parę sekund. Zegarek pikał mi że za szybko lub za wolno i tak sobie biegłem co chwila krzycząc „LEWA WOLNA!!!!!!!!!!” lub oczywiście prawa. Czasami wyglądało to jak slalom. Amelka oczywiście nie spała, więc trzeba było dużo dyskutować. Biegłem bardzo skupiony, bardzo równo. Na pierwszym „wodopoju” próbowałem się napić wody, a raczej trochę nią polać, ale okazało się, że z wózkiem nie ma się co zatrzymywać, bo wózek jest nieporęczny i można najechać na szybko zatrzymującego się biegacza, poza tym strasznie traci się na rytmie, bo trzeba innych omijać, więc stwierdziłem że nie będę się zatrzymywał, miałem dużą butelkę wody pod wózkiem, więc sobie jakoś poradzę. Na trasie bardzo wiele osób oklaskiwało nas, przez co Amelka miała dużo radości, mogła pokiwać, pytała się mnie czy ci ludzie do nas kiwają, odpowiadałem, że oczywiście, bo na razie bardzo dobrze Ci idzie. Obowiązkowo trzeba mieć wodę zwykłą, wodę smakową, ciasteczko, owoc, i oczywiście tak zwaną ostatnią deskę ratunku – MISIE ŻELKI!!!, muszę stwierdzić jednoznacznie, że bez żelek nie jestem w stanie biegać JJJ. W najtrudniejszej sytuacji ratują mnie J

      Tak biegnąc i cały czas kogoś wyprzedzając (jako, że zacząłem ostatni), przy okazji wymieniając uwagi na temat biegania z dzieckiem, czy jest ciężej, jak to znosi dziecko, jak długo biegamy itp., upływał zarówno czas i dystans. Dobiegliśmy w końcu do długiego podbiegu, tam Amelka zobaczyła Mamę, spytała się czy wszystko ok. (martwiła się czy Amelka się dobrze czuje, czy jest jej dobrze), pokiwaliśmy sobie nawzajem, Asia dopingowała Amelkę, a ja zebrałem dodatkowe siły aby nie odpuścić zbytnio tempa i udało się podbiec bez kłopotów, za to Amelka widząc alternatywę – Mamę stwierdziła zapewne, że teraz najchętniej to by się pobawiła z Mamą i powiedziała „ja chcę do Mamy, gdzie jest Mama” no i się zaczęło wymyślanie tematów zmieniających tę drażliwą sprawę, gdyż kolejnym zazwyczaj tematem jest „ja chcę do domu”. Amelka co chwilę wracała do tematu, natomiast odpowiedź była jedna „na końcu tej drogi”, droga trochę się dłużyła, ale pocieszeniem były oczywiście ŻELKI J.

      Po podbiegu wiedziałem że, nie będzie już takich ciężkich kawałków i przyspieszyłem schodząc do tempa poniżej 5 min/km. Czułem się dobrze, nogi mnie niosły, układ oddechowy był wydolny. Zrobiło się gorąco, do końca tego nie czułem, zbytnio byłem skupiony na rytmie i Amelce aby się zastanawiać nad temperaturą. Jak zostało tylko kilka kilometrów, to przyspieszyłem jeszcze bardziej. Teraz już czułem, że jest ciężej i że z każdym kilometrem będzie mi trudniej, natomiast byłem przekonany, że te parę km w szybszym tempie utrzymam. Od 20 km to już taki wydłużony finisz, a ostatnie 500 m to tyle ile sił w nogach, a bardziej w płucach gdyż bardziej odczuwałem to w układzie oddechowym niż w nogach.

      100 m przed metą wyjąłem Amelkę z wózka i to jest najwspanialszy moment dla Amelki, kiedy może sama biec, a jak się jej powie i pokaże napis „META”, i że jeżeli dobiegnie do mety to wygra i dostanie medal, to już większego szczęścia nie może być dla takiej małej sportsmenki, i tak dobiegliśmy wspólnie do mety.

      Znając nasz czas ja byłem uradowany – rekord życiowy 1:44:17 netto, poprawa od grudnia o ponad 4 minuty i to z wózkiem. Amelka była wniebowzięta, do tego dostała medal!!!, coś co dla takiego malucha jest pamiątką na wiele wiele tygodni. Zazwyczaj przez 2-3 tygodnie taki medal codziennie zakłada i mi też każe zakładać i powtarzamy finiszowanie i przebieganie mety.

      Dobiegłem w świetnej formie, nie czułem że padam, mogłem normalnie porozmawiać. Chyba mógłbym jakąś 10 sobie strzelić (do tej pory po dobiegnięciu leżałem ze 30 minut, a na ostatnich 5 km mówiłem do siebie, że chyba zwariowałem, że po co mi to wszystko, nie mam już dosyć.) Amelka wpadła w ręce Asi i też była przeszczęśliwa. Asia również, bo już ten stres miała za sobą.

      Więc wszyscy uradowani, spełnieni, wymęczeni po przebraniu wsiedliśmy do samochodu i doczłapaliśmy się do domu.

      Ja odczuwałem ogromną satysfakcję, że zarówno mój cel został zrealizowany, jak również Amelka miała frajdę z biegu-z trudnymi momentami chęci powrotu do Mamy, Asia, że ma to już za sobą.

      Podsumowując w mojej ocenie jako Taty, to nie dać dziecku się znudzić. Należy dbać o to aby coś miała do roboty, czymś się zajęła. Bardzo dobrym ale trudnym jest rozmawianie z dzieckiem tonem takim normalnym, spokojnym, kiedy ciężko się tobie oddycha, ale można dać sobie radę.

      W czasie biegu należy dbać o tempo (wiedzieć, na co cię stać w takim zakresie aby nie przesadzić na początku biegu).

      Mieć napoje ze sobą, szkoda czasu na zatrzymywanie się i najeżdżanie innych biegaczy, do tego dla mnie trudno się pije z kubeczków, lepiej z butelki mogę wtedy brać małe łyki.

      No i oczywiście nic nie zastąpi zmotywowanego, wytrenowanego, zdeterminowanego rodzica J

       

      Życzę wszystkim jutrzejszym maratończykom sukcesu, zwłaszcza Rodzicom biegnącym z dziećmi, a dzieciom radości z biegu i dumy z Rodziców.

      Ciekawy jestem ilu się zdziwi, jak zobaczy nas na trasie (a jeszcze jak kogoś wyprzedzimy J, bo oczywiście większość z tego wielotysięcznego tłumu będzie oglądać plecy Daniela i wąchać swąd spalonych opon w jego wózku)

       

      Załączam kilka zdjęć z półmaratonu

       

      Pozdrawiamy

       

      Janusz, Amelka i jak zawsze wytrwała i cierpliwa, choć trochę podenerwowana Asia.

       

      p.s. Może być chłodno, więc polecam wziąć jakiś kocyk dla dziecka.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      3maratony
      Czas publikacji:
      sobota, 15 października 2011 10:10

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Kanał informacyjny

polska biega

Warszawa
25 września
kobiety doświadczone


Magdalena Wójtowicz

Magdalena Wójtowicz

32 lata, nauczycielka języka an-gielskiego w Janowie Lubelskim


Joanna Kozanecka

Joanna Kozanecka

33 lata, pracuje w firmie farmaceutycznej, Warszawa


Leonora Karłowska

Leonora Karłowska

51 lat, prowadzi sieć sklepów odzieżowych w Złotowie (woj. wielkopolskie)

Małgorzata Łoboz

Małgorzata Łoboz

48 lat, sędzia w Sądzie Okręgowym, Kraków


Wrocław
11 września
Debiutujący panowie


Łukasz Sulima-Dolina

Łukasz Sulima-Dolina

22 lata, studiuje turystykę i rekreację w Lublinie, pochodzi z Radomia


Jacek Kazubowski

Jacek Kazubowski

44 lata, inżynier budownictwa, Białe Błota (woj. kujawsko-pomorskie)


Dariusz Kowalczyk

Dariusz Kowalczyk

44 lata, dyrektor ds. personalnych, Wrocław


Czesław Przybylski

Czesław Przybylski

65 lat, technik mechanik na emeryturze, Świdnica



Poznań
16 października
Rodzice z dziećmi w wózku

Michał Safianik

Michał Safianik

33 lata, politolog, Warszawa


Janusz Zienkiewicz

Janusz Zienkiewicz

39 lat, przedsiębiorca, Bydgoszcz

Anita Smyk

Anita Smyk

41 lat, korektorka w lokalnej prasie, Biała Podlaska


Daniel Głembski

Daniel Głembski

34 lata, nauczyciel, Warszawa